środa, 6 lutego 2013

Purzyccy - dawni właściciele majątku Przyspa koło Zielonej

Inicjatywa zamieszczenia : Biblioteka w Zielonej, Renata Pogorzelska


Skróconą historię rodu przedstawia  Zenon Purzycki:

Za zrywy patriotyczne konfiskata majątku i wydalenie.


 Patriotom ku chwale, pamięci o ich męce;
To krótkie odtworzenie dziejów mojego rodu poświęcę...



Historię wypada zacząć od poznania starych dziejów szlacheckiego herbu rodowodu Purzyckich .
Najwcześniejsze wzmianki o herbie pochodzą z 1421 roku. Jego powstanie opisałem pokrótce tak:


Herb Dąbrowa




W każdym, nawet najmniejszym narodzie,
Także w każdym skromnym rodzie,
Są liczne zdarzenia wielkie
Tworząc ciekawe historie wszelkie...
Dzieje Purzyckich herbu Dąbrowa,
Gdzie na tarczy są trzy krzyże i podkowa,
To chlubne przykłady prawdziwego patriotyzmu
Z ogromnego polskiego heroizmu...

Już w czasach najazdu na Mazowsze Jadźwingów, Litwiniaków,
Zaciekłych i dzikich Prusaków;
Pra...pradziadowie wystawili liczne oddziały wojska,
Zebrawszy ziemian w siodłach,  utworzyła się Konna Jazda Polska
(Nie wszyscy zapewne wiecie ,
Że była uznawana za najdzielniejszą na świecie)
Formując się w gęstej dąbrowie, zostali zaatakowani i rozbici,
Jednak po rycersku napierali, zwarli się, aby nie zostać pobici.
Walczyli dzielnie z Krzyżami świętymi na tarczy,
Nie wątpiąc, czy sił każdemu wystarczy!
Zatrwożona okoliczna szlachta do pomocy przybyła
I wspólnymi siłami wrogów sromotnie pobiła,
Bo podniosła ducha wśród polskiego oręża,
Dając dowód jak duch patriotyczny zwycięża!

Za to władcy dawali rycerzom ziemię- nagrodę zwycięstwa,

Dzieląc sprawiedliwie według ich zasług i męstwa,
A tych , co zginęli z rąk zaborczego wroga,
Żegnały tłumy modlące się za ich dusze do Boga.
Odtąd na cześć zwycięstwa i dla przodków chwały,
Liczne rody, jak nasz herb Dąbrowa przyjmowały!
Potem ich potomkowie bronili Polski przed częstymi" potopami ",
I wielu z nich poległo walcząc z zaborcami...
Jak w ostatnie okrutne okupacje niemieckie, sowieckie, gdzie ginęli niewinni!
Chociaż to smutne historie, ale młodzi poznać je powinni!...


Historię rozpocznę  od pradziadka  Purzyckiego Józefa, syna Adama i Marianny Bagińskiej z Przełęku w dawnych Prusach - powstańca styczniowego, który urodził się w 1824 roku w Przełęku między Lidzbarkiem a Działdowem  na pograniczu Warmii i Mazowsza. Miał 3 żony. Pierwsza to Kunegunda Olszewska z majątku w Zdrojku, gmina Zieluń . Po jej szybkiej śmierci ożenił się ze szlachcianką Bogumiłą Nadratowską córką Wacława urodzoną w 1822 roku,

 której rodzice posiadali kilkaset hektarowy majątek w Przeradzu Małym. Józef  z własnych środków i posagu żony, powiększył majątek rolny w Zdrojku , do powierzchni 83 hektary.
Pradziadkowie Bogumiła i Józef Purzyccy dochowali się pięciorga dzieci . Najmłodszy z czterech synów Władysław, urodzony w 1864 roku  w Zdrojku - to mój dziadek.
W tym samym czasie na nieszczęście  całej rodziny pradziadek Józef zostaje zesłany na Syberię za czynny udział w Powstaniu Styczniowym w 1863 roku.
Jak wiadomo powstanie zakończyło się   po roku walk tragicznie, gdyż zginęło wtedy 30 tysięcy powstańców, a 40 tysięcy zesłano na Sybir.
Po zesłaniu pradziadka cały majątek rodzinny został skonfiskowany, więc starsi synowie w różny sposób musieli zarabiać na utrzymanie młodszej siostry i brata Władysława.
Na domiar złego prababcia Bogumiła borykając się z wieloma trudnościami popadła w chorobę i z powodu braku pomocy medycznej umiera w 1873 roku.
Po śmierci prababci rodzina się rozpadła. Najstarszy syn Modest też walczący w Powstaniu Styczniowym, ale nie ujęty, żeni się i osiada na gospodarstwie rolnym w Bagienicach gmina Zielona. Jego syn z kolei dziedziczy gospodarstwo po rodzicach i w 1913 roku powiększa dokupując drugie w Galominie gmina  Zieluń.
W 1870 roku po odbyciu 6 -letniej katorgi na Syberii wraca pradziadek Józef. Po śmierci prababci Bogumiły żeni się po raz trzeci z gosposią Józefą Żuchowską w 1874 roku. Przez zdrowie nadwyrężone katorgą umiera w 1889 roku w Zdrojku mając 65 lat.

Najmłodszy syn Władysław (mój przyszły dziadek) , mający wówczas 25 lat tuła się po rodzinie,bo nie lubił macochy, jak reszta rodziny chyba z powodu mezaliansu. Wkrótce dostaje się do przyjaznego majątku swojej babci Nadratowskiej w Przeradzu, gdzie nabywa dużą praktykę rolniczą.
W 1884 roku Władysław został powołany do wojska rosyjskiego celem odbycia 6-letniej służby. Po jej zakończeniu w 1890 roku powraca w rodzinne strony rok po śmierci swojego ojca Józefa. W Długokątach poznaje szlachciankę pannę Elżbietę Długokęcką, urodzoną w 1870 roku, córkę Tomasza i Józefy z Krajewskich,która tylko z bratem prowadzi wielohektarowe gospodarstwo po zmarłych rodzicach. Wkrótce pobierają się. Małżeństwo było bardzo udane, a dobrze prosperujące gospodarstwo pozwoliło w 1898 roku na spłacenie brata babci- Józefa, który ożenił się w Chmielewku. 


Po kilku latach pomyślnego gospodarowania sprzedają w 1900 roku swój majątek i kupują większy o powierzchni 75 hektarów w Pepłowie. Jednak już w 1905 roku dziadek Władysław skorzystał z okazji, gdy w jego rodzinnych stronach parcelowano majątek  Gościszka , sprzedał swój w Pepłowie i nabył ośrodek tego majątku o powierzchni 90 hektarów z murowanymi  budynkami i dużym parkiem.Z tymi dobrami dziadek Władysław został wpisany w poczet szlachty mazowieckiej wg spisu z 1907 roku dawnego województwa płockiego!



W 1907 roku pojawia się następna okazja, ponieważ tuż obok w Przyspie znajduje się 120 hektarowe gospodarstwo , które kupuje po sprzedaży ośrodka w Gościszce od powinowatych dziadka: Jana  i obok od Stanisława Gołębiewskich, którzy osiedlają się pierwszy  - w Gnojnie, a drugi po sąsiedzku w Łążku.
Był to również okazały majątek , w którego skład wchodziły zabudowania , duży ogród owocowy, łąki torfowe i urokliwe brzozowe zagajniki.
Dziadkowie nie tylko dbali o rozwój gospodarstwa, ale także o powiększenie rodziny.
Mimo ciężkiej pracy babcia Elżbieta urodziła 10 dzieci ,z których pięcioro niestety zmarło w dzieciństwie.
Pozostała jedna dziewczynka i czterech chłopców. 
Szkołę podstawową kończyli w Kuczborku i Zielonej , uczyli się także w Żurominie.

Dalszą naukę przerwał wybuch I wojny światowej, w sierpniu 1914 roku.
Niemcy po wkroczeniu w grudniu w 1914 roku do Przyspy zniszczyli pszczelą pasiekę i zabrali część koni.
Dziadek Władysław chcąc ochronić swoją piękną wyjazdową parę karych klaczy (matka z córką) postanowił je ukrywać dniami i nocami w bagnistej dolinie z zagajnikiem. Niestety przeziębił się doprowadzając do zapalenia płuc. Po kilkunastu miesiącach, w 1917 r. zmarł z braku właściwej opieki lekarskiej.W momencie umieszczania trumny na saniach obie klacze zarżały przeraźliwie, jakby oddając hołd swojemu panu. Gdy trumnę składano w grobie zwierzęta ponownie to powtórzyły, kierując się intuicją, bowiem stojąc za murem cmentarza nie mogły widzieć tego momentu. Było to niezwykle przejmujące wrażenie dla uczestników pogrzebu.

Wojna, śmierć dziadka, zabieranie bydła i koni sprawiły, że warunki w gospodarstwie znacznie się pogorszyły, babcia została sama ze służbą, bo synowie walczyli w 1920 roku z hordami rosyjskimi na froncie, który oparł się również o Przyspę. 
Wcześniej harmonijne małżeństwo dziadków stwarzało dobrą atmosferę w całym gospodarstwie.
Dziadkowie byli bardzo pracowici i zorganizowani, bez nałogów i ogromnie gościnni, co zjednywało im sympatię u rodziny i sąsiadów. Dzięki tym walorom osiągnęli dobry status materialny pozwalający na stworzenie swoim dzieciom odpowiednich warunków do startu w dorosłe życie, dbając zwłaszcza o ich dobre wykształcenie.



Babcię Elżbietę los nie oszczędzał . Od wczesnych lat ciężko pracowała.   Zmarła w 1931 roku przeżywając tylko 61 lat.Została pochowana obok swojego męża w rodzinnym grobowcu na cmentarzu parafialnym w Kuczborku.
Jeszcze w czasie choroby w 1916 roku dziadek zadysponował podział majątku  Przyspy.  Część  liczącą 50 ha przeznaczył młodszej córce. Jednak jej nieudane małżeństwo z alkoholikiem i wczesna śmierć spowodowały, że ta część przeszła w obce ręce , sprzedana w 1919 roku posłowi Góralskiemu.
Większą część majątku Przyspy dziadek zapisał na syna Franciszka (mojego ojca) urodzonego w 1899 roku w Długokątach, zobowiązując go  do spłacenia pozostałego rodzeństwa.

Przerwę w gospodarowaniu spowodowało powołanie do wojska i walka w 1920 roku z bolszewikami.
Po powrocie żeni się w 1922 roku z Marianną Bogucką herbu Awdaniec,córką Natalii i Bolesława, urodzoną w 1903 roku.Jej mama Wyszyńska herbu Sas była krewną Prymasa Tysiąclecia.Natomiast siostra babci Wyszyńskiej związała się ze szlacheckim rodem generała Jarosława Dąbrowskiego. Mama  będąc pracowitą osobą w sposób istotny przyczyniła się do rozwoju gospodarstwa.Ciężko pracowała, a na sen przeznaczała tylko 4 godziny na dobę. Należy przypomnieć, że wtedy nie była jeszcze popularna elektryczność, kanalizacja, centralne ogrzewanie, mechanizacja w domu i zagrodzie, wodę noszono ze studni. Jednak obciążenia z tytułu spłat
rodzeństwa męża były tak ogromne, że zmusiły do sprzedaży kilkunastu hektarów. Honorowo do 1938 roku wszyscy zostali spłaceni. Pozostało jeszcze 54 hektary doskonałej ziemi z łąkami (w tym 6 ha nieużytków, tj. las i kopalnia torfu ).
Małżeństwo było zgodne i owocowało trójką dzieci urodzonych w Przyspie.  Najstarszy był Wiesław urodzony w 1924 roku, druga Danusia urodzona w 1925 roku (zmarła w wieku 5 lat), trzeci syn Zenon  (to ja) urodzony w 1934 roku.

Miło dzieciństwo się dziś wspomina,
Bo bezpowrotnie ono szybko przemija!
Toteż przenoszę się myślą do wytęsknionych
Miejsc tajemniczych, bardzo ulubionych,

Mych lasów brzozowych usianych grzybami,
Pięknych łąk zielonych zapełnionych pieczarkami,
Bagien torfowych, gdzie gnieździły się czajki i liczne ptaki,
Bo to był wyjątkowo urokliwy ...raj taki!

Wracam myślą do żyznych pól malowanych
Gryką białą, pszenicą pozłacanych, żytem posrebrzanych.
Wśród takich pól mazowieckich przed laty,
W ogrodowym gaju stał dworek mały, bogaty.

Z dużą kopalnią torfu na opał i do tego
Dostatek drewna do budowy wszystkiego.
Dworek był wygodny, ciepły, drewniany,
Obok dla służby nie gorszy, z cegły wymurowany.

A stodoła była największa w całej okolicy,
Pełna snopów żyta, jęczmienia i pszenicy:
Na niej gniazdo bocianów i moje do obserwacji,
Czy nadjeżdżają Niemcy podczas naszej 3-letniej konspiracji.

Stajnia z oborą dla zwierząt także się wyróżniała,
Zbudowana z dużych, łupanych kamieni cała,
W niej zawsze kilkanaście pięknych koni:
Wielki, silny "Maciek" i wspaniała "Strzała", co wszystkie przegoni!

W szeregu kilkanaście krów mlecznych  stało, obok kojce z cielętami,
A w innych tłuściutkie świnki z prosiętami;
Aby je wykarmić, w parniku wciąż ziemniaki się gotowały,
Bo  co kilka godzin zwierzęta głód przypominały.

Obok stodoły był spichlerz zbożowy,
Zadaszone wozy i maszyny rolne oraz budynek powozowy,
W nim lekka bryczka, sanie i  czarna  kryta kareta z lampami od czoła,
Do wyjazdów w gościnę i kuczborskiego kościoła.

Na wielkim podwórzu dwa psy łagodne panowały
I każdego przybysza z oddali głośno witały.
Wrota zawsze otwarte, więc oznajmiają,
Że gospodarze gościnni i wszystkich zapraszają!

Od podwórza prowadziła gości do domu aleja świerkowa,
Kwiatami przez mamę pięknie obsadzona, jakby dywanowa,
Dużym klombem przed domem zakończona,
A w środku ogromna lipa, latem kwiatami ozłocona.

I miodem wspaniale mocno pachnąca,
Nad wszystkimi zapachami dominująca,
Wokół klombu goście podjeżdżali pod ganek,
A zaprzęgi odprowadzano na posiłek i odpoczynek.

Tak po ciężkiej pracy, często w niedzielę,
Bawiło się przy patefonie gości wiele...!
Aż 1 wrzesnia 1939 roku nad Polskę nadciągnęły chmury samolotów z zachodu,
A siedemnaście dni później napadli dzicy stalinowcy ze wschodu... 

... I radość prysnęła, jak mydlana bańka dziecka,
Bo Ojczyznę rozdzierała nowa okupacja - germańska i radziecka!
O Polsko! Musisz być wciąż męczona podłymi zdradami
I z czterech stron świata ciągłymi najazdami?!

Jeszcze z dreszczem wspomnę tamte czasy,
Kiedy bombardowały kraj niemieckie sztukasy!
Uciekaliśmy z żywym dobytkiem w las brzozowy,
Lecz rozpierzchły się wystraszone konie i krowy...

Trzy dni konie po okolicy brykały, a nie błądziły,
Bo są tak mądre, że same do stajni wróciły!
Rodzice ciężko pracowali, jednak mieli wciąż obawy,
Czy spełnią okupantowi wszelkie żywnościowe dostawy!...

Wiesław już 18-letni nie bawił się z kolegami w wojnę,
Bo zaczął prawdziwe działania  zbrojne!...
Mama najbardziej się zmartwiła,
Ale syna na partyzancką niedolę pobłogosławiła!...






W czasie wojny majątek moich rodziców stanowił schronienie dla członków podziemnej organizacji niepodległościowej do której należeliśmy całą rodziną. W bunkrze pod snopami zbożowymi w stodole 
mieściła się kryjówka dla  członków AK. Ja sam jako małoletni" Gawrosz " pełniłem funkcję obserwatora na stodole (dzwoniąc umownie, gdy zbliżał się pojazd niemiecki), łącznika między oddziałami w Gościszce, Kuczborku i Zielonej oraz doręczyciela żywności w bunkrze .

 W wieku 8 lat, to była duża odwaga i odpowiedzialność tej "małej konspiracji". Przez jakiś przypadek mogło wszystko się wydać. Pewnego razu miałem w wiadrze upchane paczuszki żywności przesypane otrębami. Niosąc to partyzantom ... okropnie się wystraszyłem , bo  nagle zjawił się na podwórzu konny patrol niemiecki. Jeden wojskowy podjechał do mnie i szpicrutą trzasnął po głowie, powodując mój upadek z wiadrem. Całe szczęście, że mama otręby na wilgotno ugniotła i poza wierzchnią warstwą cudem nie wypadła żywność. To nas ocaliło przed wpadką. Ja przestraszony, stękając zgarniałem do wiadra otręby i ... patrol tym ubawiony ze śmiechem odjechał...
Prawie przez całą okupację wiele mieliśmy sytuacji stresowych z narażeniem życia.Jednak dla nas barbarzyńskie czasy znacznie się nasiliły później!

Po zakończeniu wojny władzę, jak wiemy przejęli komuniści. Powołując się na dekret Bieruta  o reformie rolnej, w odwecie za pomoc Armii Krajowej, usunęli nas w 1946 roku z majątku rodzinnego nocą marcową przy pomocy grupy zbrojnej Urzędu Bezpieczeństwa. Musieliśmy uciekać szybko zostawiając  prawie cały dobytek i nie nakarmione zwierzęta.Otulony w pierzynę ze łzami w oczach wspominałem, jak całymi letnimi porankami cwałowałem konno na piękne łąki z kolegami ze wsi, m.in. z najbardziej ze mną zżytym Jurkiem Orkwiszewskim. Wieczorem mieliśmy tę samą frajdę zabierając konie do stajni.Ileż to razy spadaliśmy z tych rozpędzonych rumaków!Na szczęście bez szwanku!..
Ponieważ zbliżały się Święta Wielkanocne wspominałem, jak je hucznie obchodzono.

Na stole stał m.in. duży kosz święconych jajek. Gospodarze i liczni goście na śniadaniu w pierwszym dniu świąt stukali się jajkami przed spożyciem i komu się rozbiło - musiał je oddać gospodarzowi z prezentem, jeśli nie zaśpiewał lub nie opowiedział czegoś śmiesznego.Także dyngus był bardzo wesoły dla młodzieży. Dziewczyny były doprowadzane blisko studni i oblewane całymi wiadrami wody. Takie ociekające wracały do domu, aby się przebrać. Były bardzo zadowolone, bo uważały, że "najmocniej oblana, zziębnięta i blada, to ma powodzenie nie lada.!"

Ja teraz też drżałem z zimna i strachu w tą marcową noc uciekając na furze z mamą do najbliżej zamieszkałej rodziny w Turzy koło Mławy.Przez jedną barbarzyńską noc straciliśmy dorobek całych pokoleń, a ból ściska serce do obecnej chwili.


W niedługim czasie majątek został rozparcelowany ,zniszczony, bo budynki rozebrane, później wycięto piękny las. Majątek rodzinny został  więc w dziejach rodu ponownie bezprawnie skonfiskowany, a właściciele brutalnie wyrzuceni.

Wiesław, jako dowódca oddziału AK ps." Tyczka " ( był wysoki i przystojny) nie mogąc się pogodzić z taką niesprawiedliwością, podjął wraz z kolegami z konspiracji walkę zbrojną z reprezentantami władzy będącej pod wpływem sowieckim.

Już od 1944 roku powstawały silne oddziały dysponujące nawet ciężkim sprzętem, jak działa i czołgi.Osobiście takie duże zgrupowania widziałem w wielu rejonach kraju.
W 1947 roku mieszkałem z rodzicami jeszcze na Mazowszu w Lubowidzu, gdzie dzierżawiliśmy małe gospodarstwo rolne. Jednak tata miał zamiar objąć większe na Ziemiach Zachodnich, gdzie już ulokowali  się bracia ojca Stach i Olek.Niestety planowany wyjazd został wydany przez konfidentów Urzędu Bezpieczeństwa w Mławie. Dnia 21 czerwca 1947 roku ośmiu ubeków zrobiło zasadzkę w naszym domu, licząc że na pożegnanie przyjdzie Wiesław. Usadowili się w małym pokoiku na strychu, wystawiając wartę na dole. To był tzw. "kocioł", kto do niego wpadł nie mógł wyjść, by zachować tajemnicę o zasadzce, więc przychodzący do nas sąsiedzi i koledzy ( bo nie mogłem pójść do szkoły)- byli zatrzymywani.
Po dwóch dniach nad ranem zapukał do drzwi Wiesław. Mama prowadzona pod pistoletem musiała otworzyć drzwi. Uchylając krzyknęła : "synu uciekaj - na górze pełno ubeków!". Ogromny funkcjonariusz kierując pistolet w stronę brata pociągnął za spust, ale broń nie wypaliła. Wiesław wyrwał mu pistolet bijąc nim ubeka uciekającego na górę. Wiesław zmykając przez podwórze seriami strzelał w powietrze z automatu "Bergman" i rzucał granaty za sobą. Zrobił tyle hałasu dla wrażenia, że jest z całym swoim oddziałem. To wstrzymało ubeków przed pościgiem. Z pozycji leżącej na strychu strzelali tylko w dach, robiąc z niego sito. Tata cały czas podczas zasadzki był trzymany na górze mając związane nogi i ręce. Po ucieczce Wiesława i wypuszczeniu zakładników katowali ojca bestialsko, a matce kazali wycierać krew.Po pewnym czasie wyprowadzili ze związanymi rękoma, popychając chwiejącego się na nogach. Zainscenizowali jakby winę ojca uciekającego i ... zastrzelili!!!
Według dokumentów IPN - nawet prokuratura wojskowa nie chciała początkowo zatwierdzić  protokółu tej bandyckiej zbrodni na niewinnym ojcu, a my ... .

Dostaliśmy znowu nakaz wydalenia, tym razem z województwa warszawskiego. Wyjechaliśmy więc do mojego chrzestnego ojca inżyniera Stanisława Boguckiego, brata mamy w Częstochowie. W Dębowcu koło Częstochowy mama objęła w leśniczówce funkcję gospodyni. 

Natomiast Wiesław działał  bardzo intensywnie odwetowo przeciw ubowcom na dotychczasowym terenie. Został dowódcą oddziału partyzantów,  którym także zabito ojców. Otrzymał więc nowy pseudonim "Ojciec", a w akcjach zbrojnych obsługiwał karabin maszynowy, jak pod Okalewem, co wspomniał obecnie Kurier Żuromiński w artykule pt." Leśny. Kanciasty z Raczyn". Również książki "Żołnierze Wyklęci", oraz "Ostatni Leśni" uwidaczniają dokładnie bohaterstwo, tragizm i bogatą historię całej Armii Krajowej.
W 1948 roku Wiesław ciężko ranny - został zmuszony do kuracji i odpoczynku.
Nocnymi pociągami przedostał się do mamy po cywilnemu, ale z bronią, bo marzył aby wrócić do dalszej walki o wolność!...
Jednak nie wrócił i nie zginął w boju, lecz w Dębowcu...

Tam ukrył się na krótko ranny mój brat Wiesław, ale został wydany przez konfidenta UB ze Straszew .Przyjechało trzech ubeków z Mławy.  Nakazali, aby mama zaprowadziła ich do swojego pokoju, gdzie ukrywa się syn Wiesław. Gdy zbliżyli się do drzwi z bronią gotową do ataku, mama głośno krzyknęła : "Wiesiu, prowadzą mnie ubowcy!" Wtedy funkcjonariusze zaczęli strzelać do zamkniętych drzwi pokoju. Brat nie strzelał, bo mógłby zabić mamę, będącą pod eskortą  ubowców przed pokojem.
Po serii strzałów UB, brat został ciężko zraniony , ale nie poddał się żywy. W wieku 24 lat, jako bohater dzielnie walczący z hitleryzmem i stalinizmem o niepodległość Polski złożył swoje życie na ołtarzu Ojczyzny, jak ojciec. Cześć ich pamięci! Wielokrotnie był ranny. W poprzedniej zdradzieckiej zasadzce dostał z automatu serię aż 28 draśnięć , ale uniknął wtedy śmierci... Aż w dalekim Dębowcu ( jak nasi dawni przodkowie w gęstej dąbrowie) dnia 22 kwietnia 1948 roku to go spotkało... 

Po wrzaśnięciu Wiesława padł cichy jego strzał ostatni ,
Bo nie mógł uciec z oblężonej matni!
Przez drzwi wyważone ubecy zobaczyli Wiesława padającego...
Oddali więc bestialsko jeszcze po strzale do...martwego!
Mama przestraszona zrobiła do tyłu pół kroku
I...upadła jak bez życia w ogromnym szoku...
Wiesław wydawał się jej z każdą sekundą coraz mniejszy,
A pokój wirował i stawał się coraz ciemniejszy!
W głowie tylko szum i jakby zapadała się krwawa podłoga
Ostatkiem sił wyszeptała modlitwę do Matki Boga:
"Matko Święta! Ratuj mnie bezsilną, bo tylko Ty jedyna
Rozumiesz, jak mocno serce boli po śmierci niewinnego, młodego syna!...
Od dziecka, gdy zostałam bez matki, Ty zawsze pomagałaś w ukryciu!
Także po odejściu córeczki, w konspiracji, po nocnym wysiedleniu, po katowaniu męża i zabiciu!!!
Matko Droga! Weź mego syna do Bożego Nieba,
Bo za wolność Ojczyzny nawet życie oddać trzeba!"
Nagle mamę porwali i wlekli, bo to w mentalności ubekowej,
Polecając milicji oddać Wiesława tylko medycynie sądowej!...



Zdradził nas będący na usługach ubeków ww. daleki kuzyn,   ponieważ chciał  zniszczyć naszą rodzinę po zawłaszczeniu ważnych dóbr zabranych z Przyspy, a zostawionych na krótki okres u niego. Doprowadził do tragedii, a dobra nasze sprzedał wraz ze swoimi zamieniając w krótkim czasie na alkohol. Jednak karę sobie sam wychodził, bo zginął w więzieniu, gdyż awanturniczo domagał się nagrody za wydanie Wiesława.
W tym samym czasie mamę więziono przez dwa lata po wyroku za : "ukrywanie syna z bronią, o której nie wiedziała, a powinna wiedzieć".Sąd wojskowy uzasadnił, że wyrok jest zmniejszony o połowę za wsparcia żywnościowe m. in. sąsiedniego Oddziału Batalionów Chłopskich z narażaniem życia. Według zeznań córki  posła Góralskiego Ireny, pod koniec wojny Niemcy wydali na całą naszą rodzinę karę śmierci za ucieczkę partyzantów z domu przed pośpiesznie wycofującą się jednostką frontu hitlerowskiego. Cudem nie zdążyli wykonać tego wyroku na nas! (Akta tej sprawy znajdują się w Instytucie Pamięci Narodowej).Natomiast "swoi" wyzwoliciele więzili mamę w różnych odosobnieniach , aby uniemożliwić odwiedziny : w Mławie, Działdowie, Grudziądzu i Warszawie na ulicy Rakowieckiej. Musiała ciężko pracować w kuchni naczelnika więzienia ( tego ostatniego). Drżała, gdy wracał zakrwawiony na obiad ten oprawca  po biciu więźniów politycznych.

Jeszcze w 1948 roku wróciłem do Lubowidza, gdzie matka kolegi szkolnego Konrada pani Leokadia Ataman wzięła mnie na stancję, którą finansował wujek Stanisław z Częstochowy, pomimo posiadania pięciorga dzieci.


Mając zaledwie 14 lat tułałem się po rodzinie , jak kiedyś dziadek Władysław. Naprawdę żyło się  bardzo ciężko, chociaż  pomagała nam część rodziny, jak wspomniany wyżej wujek Stanisław oraz  bracia ojca Olek i Stach.Zgodnie z tradycja rodzinną stryj Olek jako oficer rezerwy brał patriotyczny udział w kampanii wrześniowej 1939.Opowiadaliśmy więc sobie o naszych czynach niepodległościowych.

Podczas pobytu mamy w więzieniu załatwiliśmy
 ze stryjem Stachem (bratem ojca) pobyt w skromnym internacie przy Technikum Zawodowym w Jeleniej Górze, gdzie się uczyłem.Ponieważ byłem bardzo żywotny, muszę dodać więcej szczegółów.Tam ukończyłem kurs modeli żeglarskich, wygrywając wyścigi na zalewie w Pilichowicach ( ale po uroczystości mini żaglówkę mi skradziono). Następnym był kurs z licencją żeglarza. Przed maturą zacząłem naukę i początkowe loty szybowcowe.
Po maturze wróciłem do centralnej Polski zatrudniając się w Fabryce Papieru w Jeziornie  koło Warszawy. Otrzymałem mieszkanie kwaterunkowe - bardzo skromne, ale z mamą nareszcie stworzyliśmy jakiś wspólny "dom". Dla odreagowania po przejściach zająłem się małą działalnością "artystyczną". Najpierw w "Magazynie Rozmaitości "Polskiego Radia pod red. Zofii Raciborskiej - opowiadając dowcipy, później w amatorskim Zespole Estradowym przy fabryce...
Pewnego roku, po ogromnych roztopach śniegu, na łąkach utworzyło się duże rozlewisko,które nagle zamarzło.Szybko skonstruowałem bojer ( a żagiel mama uszyła z kilku prześcieradeł). Szalałem po gładkiej tafli  lodu , a starsze kobiety przechodzące żegnały się mówiąc: " co to za zjawa lata nad łąkami?!"

Po kilku latach za liczne płatne usprawnienia maszyn produkcyjnych kupiłem motor. Pracując trwałem w stanie kawalerskim do 29 roku życia...
Aż w 1963 roku ożeniłem się z Anią Grątkowską, farmaceutką z Konstancina. Po ślubie i hucznym weselu , otrzymaliśmy część  willi babci żony w Warszawie, więc przenieśliśmy się. Z mamą i rodzicami żony odwiedzaliśmy się często przez wiele lat. Mając już dwójkę dzieci- Elę urodzoną w 1966 roku i Piotra urodzonego w 1968 roku, wciąż pracując ukończyłem wieczorowo Politechnikę Warszawską w 1971 roku, jako inżynier mechanik. 
Każde z dzieci posiada tradycyjnie konia i 2 psy oraz firmę zielarsko-medyczną. Piotr mieszka w Warszawie, a Elżbieta, po mężu Malińska w Poznaniu. Córka Elżbieta ma syna Patryka urodzonego w 1992 roku w Toronto,gdzie córka z mężem mieszkała 8 lat. Patryk studiował  etnologię na Uniwersytecie Poznańskim. Wielka szkoda, że moja mama nie zdążyła poznać wspaniale zapowiadającego się prawnuka , bo zmarła w 1984 roku po ciężkiej pracy i wyjątkowych przeżyciach. Nagłe odejście mamy przeżyłem bardzo boleśnie. Przez ostatnie 12 lat mama mieszkała w Konstancinie w wygodniejszym kwaterunku , dzięki wstawiennictwu wspaniałej aktorki pani MAI KOMOROWSKIEJ, ponieważ wcześniej miały okazję się zaprzyjaźnić.

Jeszcze dodam, że zgodnie razem z żoną przeżyliśmy  ponad pół wieku . 
Mogę być dumny, bo ponadto jestem członkiem nadzwyczajnym Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej oraz Polskiego Towarzystwa Ziemiańskiego w Warszawie, a także jestem włączony w poczet Związku Szlachty Polskiej. Oczywiście, po komisyjnym sprawdzeniu starych akt w archiwach.
Dziwne, że tylko Polska nie potrafi zrekompensować , chociaż  w niewielkim stopniu tak dużych zaborów majątkowych.
Nawet po krwawych wypadkach spowodowanych przez komunistyczną bezpiekę - sądy stwierdziły, iż  nie były to zbrodnie komunistyczne.Temat nie tylko do filmu!...

Odwiedzamy systematycznie prochy naszych rodziców w grobie rodzinnym w Konstancinie, gdzie na symbolicznej tablicy brata Wiesława napisałem modlitwę:


                                   Wielki Boże, nasz Panie
                          Daj wszystkim wieczne odpoczywanie...
    I ziemianom herbu Dąbrowa, którzy po nocnym wysiedleniu,
              Bandyckim niszczeniu, represjach, więzieniu,
                            Wieloletnim tułaczym znoju...
                                   Zasnęli w spokoju,
Oraz tym, co zginęli za niepodległość, z honorem, jak trzeba
                                 - Użycz Im Nieba !...
               A nas , gdy zmęczeni zamkniemy powieki
                             -Połącz z Nimi na wieki!...
     Pozostałym umacniaj ducha heroicznego męstwa;
                               Aż do zwycięstwa!!!
                               I każdy niech pamięta...
     O patriotach zrywających niemieckiej i sowieckiej niewoli pęta!!!
                        


Do grobu rodzinnego moich najbliższych dołączyła ukochana Żona ś.p. Anna z domu Grątkowska
ur. 31.05.1940r. Po długiej i ciężkiej chorobie zmarła 21.01.2018r. Wyjątkowo zasługuje tu na uwiecznienie. Szkoły ogólne ukończyła w Konstancinie, a farmaceutyczną w Warszawie. Długo pracowała w Zakładzie Botaniki Farmaceutycznej. Później z zamiłowaniem prowadziła działalność zielarsko-medyczną, służąc ludziom pomocą w zakresie ziołolecznictwa. Tą pasję przelała na córkę Elżbietę i syna Piotra, którzy dzięki niej odnaleźli swoją drogę zawodową. Była osobą bardzo dobrą, subtelną, wrażliwą i delikatną. Uwielbiała muzykę, szczególnie utwory Chopina, które sama grała na pianinie. Zachwycała się operą, baletem i tańcem. Potrafiła docenić sztukę, poezję i malarstwo. Wrażliwa na piękno przyrody, lubiła zwiedzać ogrody, przechadzać się wśród łąk i pól, spacerować brzegiem morza i podziwiać zachody słońca. Zawsze bardzo skromna, nie miała wielkich wymagań wobec życia i ludzi, wyjątkowo umiała cieszyć się ze zwykłych, prostych rzeczy. Tolerancja i wyrozumiałość były Jej wspaniałą dewizą inteligencji i charakteru. Wielką radość sprawiały Jej rozmowy z wesołym wnukiem Patrykiem.  Jednak przytłoczona była licznymi stresami… Toteż tą delikatną i niezwykle czułą osobę zmogła bolesna, ciężka choroba, która odbierała Jej siły oraz chęć do egzystowania. Brak wyraźnej poprawy mimo naszej intensywnej opieki i leczenia spowodował utratę nadziei w wyzdrowienie. Wierząc w drugie życie z ufnością przyjęła sakramenty święte, życząc najbliższym trzymania się dzielnie… Długa choroba bardzo Ją osłabiła, bo zmagania na przemian w szpitalu i w domu trwały półtora roku, do momentu, kiedy wyniszczone, zmęczone ciało uwolniło nieśmiertelną duszę, którą Bóg zabrał do lepszego, spokojniejszego świata. W ogromnym smutku pogrążyła się cała rodzina i przyjaciele. Ciężko przeżywam odejście Żony, gdyż dzieliliśmy wszystkie zmartwienia i radości w narzeczeństwie i małżeństwie razem prawie 60 lat. Dalsze piękne plany los pokrzyżował. Chociaż Jej nie ma przy nas, ale zawsze pozostanie w naszych sercach i pamięci, bo miłość jest wiecznością. W modlitwie i łez potoku niech popłyną w świat moje ostatnie słowa:

Stale widzę, jak Anulka składała spracowane rączki do Boga,
Gdy przyjmowała sakramenty święte w szpitalu,
A nas przeszywała straszna, śmiertelna trwoga...
Przytulanych do siebie zapłakanych i w największym żalu!

Nie zapomnę ukochanej, jak ściskając Eluni rękę zasypiała na wieki, 
A ja szlochając w rozpaczy nie do zniesienia...
Zamykałem Jej wypłakane cierpieniami powieki
Polecając dobremu Bogu i żegnałem "do zobaczenia"!...

Gorąca miłość dawana z serca szczerości,
Niechby Jej wieczność rozświetlała!
Bolesne odejście nie przerwie tej miłości,
Bo Bóg Ją powołał i pójść musiała!
Odeszła, ale chcemy by była blisko nas,
Więc każdy Ją ukochaną wciąż woła,
Aby wróciła na ziemie chociaż raz,
 Z Nieba – przeznaczonego dla wspaniałego Anioła!
Boże ! Twój Syn umarł i zmartwychwstał,
Więc mocą tej niezwykłej tajemnicy,
Uczyń aby ten cud znowu się stał,
Łaskawy dla Twojej wiernej służebnicy,
Całym sercem Ci szczerze oddanej,
Przez Chrystusa Pana naszego Amen

Wciąż słyszę mojej najdroższej odpowiedź:
"Powrotu na ziemię nie czekaj,
Choć głos Twój z błękitów mnie woła,
Bo już nie zmienisz w człowieka,
Kto się przemienił w Anioła!...



Nie płacz, bo nie żal mi niczego
Co razem pięknie przeżyliśmy,
Choć też żal jest wszystkiego 
Co jeszcze nie spełniliśmy!...
Toteż musisz ze mną duchowo wierzyć,
Jak zwykle mając nadzieję wszelką,
Z krzywdzącymi wyrokami znów się zmierzyć,
A zwyciężając - spełnisz naszą misję wielką!
I dzięki wiecznej miłości, którą w sobie mamy
Jej mocy czyniącej nas doskonalszymi...
Na pewno z Bogiem się spotkamy 
Oraz z wszystkimi najbliższymi!..."








  Dawne fotografie związane z treścią:




Aleja brzozowa do Przyspy


Nasz gościnny dworek z 1918 r. (fot. z lat 30-tych XX w.)


Rok 1920
Rok 1920
Moja siostra Danusia, zmarła w wieku 5 lat
Żniwa w Przyspie
Grób Elżbiety i Władysława Purzyckich, na cmentarzu w Kuczborku koło Żuromina





Nasz grób rodzinny



Czasy dzieciństwa, na tle dworku w Przyspie, rok 1936.

Mały "drzewołaz", na tle szopy i stajni w Przyspie

Moja mama, obok niej herby rodzinne Sas i Awdaniec

Ja z rodzicami - I komunia św.
Rodzice ze mną i goścmi, a wśród nich ksiądz Żochowski z Sarnowa.
Rok 1942, od lewej ja z bratem Wiesławem ( od prawej ) i  gośćmi.
Ostatnia wiosna w lesie brzozowym, od lewej mama  i Marysia Grześkowiak ( córka  siostry ojca  Janiny) z kolegą.


Pozostali synowie Władysława Purzyckiego: (od lewej) Stanisław, Aleksander i Kazimierz.

Brat taty - Olek - oficer po kampanii wrześniowej, 1940r. czynny w Londynie  








Aneczka ze mną- na całe życie.


1964r. - szczęśliwa żona nad morzem, rok po ślubie


1970r. od prawej: żona z córeczką Elżunią, swoją mamą i siostrą Marią 


1975r. - żona z wnukiem Patryczkiem w Toronto


Żona  z dziećmi i moją mamą w Zakopanym, rok 1972


Żona obok mnie i synowie stryjów: Andrzej oraz Jerzy
Córka  Elżbieta 

Córka ze swoją Gracją, ubraną do zawodów.


Córka Elżbieta  z synem Patrykiem




Syn  Piotr z narzeczoną Martą i swoim koniem fryzyjskim Wentusem.
Nasz wnuk Patryk ze swoim pięknym owczarkiem
2007r. ostatni nasz sylwester w Operze Narodowej (od lewej-przyjaciel Piotr)



11 komentarzy:

Szkolenia komputerowe pisze...
Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.
Biblioteka w Zielonej, Renata Pogorzelska pisze...

Dziękuję, chociaż zdaję sobie sprawę, jak wiele jeszcze tu brakuje.

MONAfaktura pisze...

Niesamowita historia. Przygnębiające jest to, ile ta rodzina wycierpiała.

Zbigniew Rymkiewicz pisze...

Coś wspaniałego......niesamowite jak pięknie opisana historia niejednego życia...całej rodziny a zarazem smutne i przygnębiające czasy.Tyle ludzkiego cierpienia wywołały we mnie uczucia do tych ludzi.Również wiersz autora Zenona Purzyckiego poruszył mnie do łez opisując tęsknotę za swoim dzieciństwem i zapachem wsi w tamtych latach.
Autor nawet jeśli mnie nie pamięta to ja doskonale pamiętam obrazek ze swego dzieciństwa kiedy to tańczyłam na jego weselu (mając 6 lat )byłam tam z rodzicami.
Pamiętam jego mamę na wsi u moich dziadków Anny i Bolesława Szymborskiego w Szymborach Andrzejowięta.Rodzina ....korzenie ta historia się nie kończy.
Wyrazy szacunku dla tej rodziny.
Iwona Jagiełło

Anonimowy pisze...

Szanowny Zenonie!
Dziękuję że podzieliłeś się ze mną dziejami twojej rodziny i twojej osobistej historii. W odniesieniu do niniejszego opisu można powiedzieć w dwóch słowach: Laus Deo!
A w codziennym życiu pamiętać trzeba - Memento Mori!
Z wyrazami szacunku serdeczny kolega
Jerzy Gryglewski

Sebastian Popowski pisze...
Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.
małgosia pisze...

Piękna historia rodziny, zdjęcia, udało się zachować zdjęcia i pamięć ludzką, co pozwoliło spisać i tym samym ocalić od zapomnienia. Historie rodzin ziemiańskich są w pewnym stopniu do siebie podobne, pozostaje sprawa upamiętnienia tego co było , żeby jakiś ślad pozostawić po sobie na ziemi . Państwu to się świetnie udało, widocznie herb Dąbrowa ma w sobie tę moc, jako stary herb. Serdeczne pozdrowienia z życzeniami kontynuuacji i ogólne 100 lat!Małgorzata Morawska

Barbara de Thun pisze...

Moja okulistka w Gdyni nazywa się Ewa Purzycka

Iwona Zawisza pisze...

Bardzo ciekawa historia rodzinna , warto napisać monografie rodzinna i wydac drukiem

Anonimowy pisze...

Piękna, prawdziwa historia. Panie Zenonie życzę zdrowia i wytrwałosci. Popieram Iwonę Zawiszę Prezesa Oddziału Warszawskiego ZSZP.Proszę spróbować wydać drukiem Pana dorobek.
Pozdrawiam
D.Karski
ZG Związku Szlachty Polskiej

Anonimowy pisze...

Szanowny Panie Zenonie,
opisana przez Pana historia Rodziny Purzyckich to piękny przykład historii rodziny ziemiańskiej szlacheckiego pochodzenia. To opisanie ciężkiej pracy Ziemian o której niewiele się dziś wspomina. Historia pięknych duchowo ludzi dla których poświęcenie życia dla Ojczyzny było czymś naturalnym, bo tak ich wychowano. Opowieść o pokoleniach dla których słowa godność i honor nie były pustymi frazesami. Gratuluje takiej Rodziny!
Pozdrawiam, dłoń serdecznie ściskam,
Michał Korsak
Prezes ZG Związku Szlachty Polskiej